Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alternative. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alternative. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 października 2016

Recenzja: Black Atlass - Haunted Paradise [2016]

Pamiętam jak dziś, gdy dorwałem się do debiutankiej EPki Black Atlassa, rozsmakowując się w jej czarno-białej melancholii. Ochy i achy przemieniłem klawiaturą w łódeczki, puszczone rwącym, ślinotokowym potokiem, powodowanym klasą tego, co usłyszałem... No dobra, nie tak długo potem zapomniałem o gościu. Przypomniał o sobie dwa lata później za sprawą Young Bloods, które nie huknęło może tak jak pierwszy mini krążek, ale zabrzmiało całkiem możliwie. Minął jeszcze rok i znikąd wyskoczyło Jade. Poskładane jak album, długie jak album, lecz najwyraźniej albumem nie będące, bo lekko ponad chwilę temu Haunted Paradise opuściło mroczne kąty, obwieszczone jako 'albumowy debiut'. Zarezerwuj sobie odrobinę czasu, przygotuj posiłek, by nic nie odciągało i zalegnij w poduchach, odpłynąwszy w r&b, które twoja mama nazwałaby 'dziwacznym'... Zegar nie jest dla ciebie łaskawy, lodówka świeci pustkami, a poduchy rozszarpały koty? Nie szkodzi, Haunted Paradise oferuje jedynie odgrzewany kotlet na szybko, z podsuniętym pod tyłek dla wygody rąbkiem zimnego betonu.

poniedziałek, 18 lipca 2016

Recenzja: Flume - Skin [2016]

Poszatkowane melodie, pogięte uderzenia bębnów, wypaczona równowaga pomiędzy radiowymi hitami, a zbyt pewnym staniem na własnych nogach, by pojawiać się w jakimś tam radiu. 2011 rok był dla pochodzącego z Australii Flume'a czasem owocującym na bogato, niezależnie, czy krzyczano o nadziei 'mądrej' elektroniki, czy pojękiwano o szarlatanie, który ambitną ściemą wkrada się przez rozgłośnie do twojego portfela. Jedno było pewne – gdy w krainie kangurów rozdawano nagrody za 'Najlepsze Muzyczne Cokolwiek', Flume mógł już odziewać się w smoking, by z klasą odbierać statuetki za debiutanckie Flume. Lata lecą, sukcesy się piętrzą, bo najpierw projekt What So Not basem połamał nogi miłośników trapu, potem zapowiedź następcy solowej jedynki spieniła usta słuchaczom muzyki nieoczywistej. Idź szybko po śliniak i wracaj poczytać.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Recenzja: R.A.U. - Konkretna Rozrywka [2016]

W każdym gronie znajomych znajdzie się osoba, na wspomnienie której typową reakcją jest: 'XYZ? On nie jest dziwny... on jest *specjalny*'. Tomek 'R.A.U.' Rałowski guziki samplera naciska pod szyldem Alkopoligamii, ogólnie-elektronicznym kijem zawracając generalnie-rapową rzekę owego labelu. Ksywa naszego polskiego Hudsona Mohawke (który w podobny sposób trzęsie Kanye Westowskim G.O.O.D. Music) krążyła po ustach i głośnikach na długo przed albumem, a szczodrość jej właściciela w obdarowywaniu fanów muzyką, przypominała wydzielanie spragnionemu wody za pomocą pipety. Niemal cały materiał dostępny był jedynie na youtube (kto nigdy nie zgrywał kawałków z jutuba do mp3 w jakości 128kbps, niech pierwszy rzuci kamieniem), ale wreszcie debiut płytowy stał się faktem, a na kuriera z Konkretną Rozrywką czekałem jakoś tak dużo bardziej, niż dotychczas na inne paczki. Nie przedłużając...

piątek, 13 maja 2016

Recenzja: Zamilska - UNDONE [2016]

Zamilska to, Zamilska tamto. Siamto i owamto. Popularność narosła przez 2014 rok niemal jak u Karolaka, skaczącego na swoich zębach z tabloidów wprost do twojej lodówki. Wpisując nazwisko Natalii w wyszukiwarkę, serce bije niczym napompowane adrenaliną, bo wszyscy krzyczą zgodnie: ewenement, zjawisko, czad. Nie będę się żalił, jak bardzo wyświechtany jest termin 'muzycznej rewolucji' w świadomości naszego społeczeństwa - co polski album, to 'rewolucja'; lecz tematowi zaszczepionemu 2 lata temu przez UNTUNE należy się uwaga, bowiem słowa takie jak 'techno', 'tribal', czy 'industrial' nie pojawiają się (z reguły) w niedzielnym kazaniu, czy kąciku muzycznym Familiady. Skąd więc tyle fistpumpingu do Zamilskiej? Przyjrzyjmy się trupom, wypadającym z szafy z napisem UNDONE.

poniedziałek, 9 maja 2016

Recenzja: Yelawolf - Love Story [2015]

Żyjemy w dziwnych czasach, gdy rapujący biali ludzie w tekstach wołają na siebie nawzajem 'nigga' (ot, 'czarnuch' po ziomkowemu). Eminem nie jest już jedyną kroplą mleka w czarnej hip-hopowej kawie, a postaci takie jak Machine Gun Kelly, Macklemore i G-Eazy zdobywają szacunek nie mniej prężnie niż Kanye, 2 Chainz, czy A$AP. Woźnym, wymiatającym łamigłówki słowne spod dywanu szpanerów, stara się być też Yelawolf. Ten, wskoczywszy z mikstejpów wprost pod skrzydła wydawniczego tandemu Shady / Interscope Records, popełnił w 2011 roku Radioactive - wyśrubowane do granic wypluwanie słów wprost na elektroniczno-trapowe podkłady. Krążek ten, choć nierówny, zajmował uwagę zdecydowaniem i determinacją płynącą z głosu snującego opowieści. Czego oczekiwać od Love Story? Cóż, Yella zasiadł na ganku z gitarą i jest wściekły jak wilk z okładki.

czwartek, 27 sierpnia 2015

Recenzja: Gang Albanii - Królowie Życia [2015]

Każdy chłopiec marzył kiedyś o rzeczach wielkich. Nie ważne, czy był to tytuł najlepszego sportowca, przechodzącego do historii dzięki najdalszym lotom, czy może zaszczyt bycia astronautą, samotnie stąpającym po odległych planetach. Nie wszystkie marzenia są tak proste do osiągnięcia, co spędzało mi sen z powiek odkąd byłem zaledwie malcem zmagającym się z trudami kolejnych szkół. Już wtedy czułem, że potrzebuję przywiązania do rzeczy ważniejszych, niż puchary, czy loty w kosmos. Pamiętam jak dziś, gdy siedziałem w oknie i nie mogłem myślami odpędzić zakazanych pragnień, takich jak palenie hajsu, wciągnięcie wagonu koksu, czy też zatknięcie banknotu za stringi striptizerki i oblewanie jej cycków Johnnie Walkerem w hotelowym pokoju, w którym na barek wydawałbym zaledwie zaskórniaki. Na mą duszę spłynęły łzy, bo kochałem także poezję. Dziś, kiedy dwadzieścia cztery lata minęły szybciej, niż bym chciał, przeraziłem się, że czas rozliczenia się z pewnymi rzeczami dobiega końca. Wtedy pojawili się oni. Rozbójnik Alibaba (Robert M), Popek i Borixon dali mi szansę poczuć. Dali mi szansę uwierzyć, że jestem Albańczykiem, a nie jakimś podrabiańcem. Zapraszam więc do mojego małego świata, ram pa pam pam...

sobota, 1 sierpnia 2015

Recenzja: Years & Years - Communion [2015]

Szlachetnie urodzeni mają w życiu łatwiej. Trio Years & Years swe początki świętowało dostojnie, bo aż w łowiącym talenty Kitsuné Maison Records. To, wydaną w 2013 roku EPką Traps jeszcze nie wprowadziło słuchaczy w ekstazę, ale pozwoliło chłopakom poszpanować na salonach 'labelowymi rodzicami', robiąc przy okazji solidne podłoże pod zastrzyk popularności spowodowany 'oOoOoo, eOeOeoo', dobiegającym z większości stacji radiowych, pogwizdywań zasłyszanych na ulicy i każdego supermarketu. Panowie swym dopiero co wydanym albumem próbują udowodnić, że za festiwalową machiną marketingową i rodowodem kryje się taneczny łamacz stawów, podparty na wzorcach dalekich od pierwszej łapanki (Flying Lotus i Radiohead stojące obok najntisowego house i new romantic po liftingu). Boże wybranej przez ciebie wiary broń tylko przed wsłuchaniem się w teksty podczas tańca, bo siądziesz i zaczniesz analizować jak żadnego electropopa przed Yearsami.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Recenzja: Ratatat - Magnifique [2015]

Projektów podobnych nowojorskiemu Ratatat trudno doszukać się wielu. Indietronikowi drwale syntetycznie słodkie gitarzenie stawiają na równi z gotowaniem mikstejpów pełnych rapujących ziomków, choć od debiutanckiego długograja pojękuje za ich plecami szarpanie wciąż tych samych strun i ciągłe reedycje wcześniejszych pomysłów. Po przerwie dłuższej niż zwykle, E*vax i Mike wytaczają wreszcie krążek o szumnej nazwie Magnifique. Mocnymi słowami można sobie rykoszetem zęby wybić, ale sprawdźmy tę 'wspaniałość'.

niedziela, 1 czerwca 2014

Recenzja: Komety - Paso Fino [2014]

Wiele wybojów musiała przejść muzyka, by dokonania protoplastów pokroju Elvisa, czy Kraftwerku od inspiracji do inspiracji przeszły w nowomodne ręce takiego Jonas Brothers (pamięta ktoś?) i Skrillexa. Trudne do przeskoczenia i przełknięcia kłody nie ominęły biało-czerwonego podwórka, czego dowodem niech będzie siła płytkości powstała chociażby ze wzbogacenia Kombi o dodatkowe 'i'. Jak w tej transformacji pokoleń i ich poglądów odnajdują się Komety, obecne na scenie od jedenastu lat, a z doliczeniem stażu ich założycieli (Lesława i Arkusa) w zespole Partia, dziewiętnaście? Do przekształcenia pierwotnej formy doszło na pewno. Co prawda nie tak drastycznej jak z rock&rolla w                                                           boybandowy poprock, lecz o tym niech opowie już                                                           Paso Fino z pomocą Pudłowego protokolanta.

piątek, 14 marca 2014

Recenzja: Broken Bells - After The Disco [2014]

Pierwsza płyta Broken Bells mocarnym wydawnictwem była. Broken Bells może nie stało się dziełem nieśmiertelnym, ale z pewnością rozbłysnęło jako jeden z najjaśniejszych punktów w kalendarzu wydawniczym 2010. Za jego sukces odpowiedzieli dwaj panowie: James Mercer i Brian Burton / Danger Mouse. Pierwszy z nich trudni się byciem delikatną wokalnie i gitarowo twarzą The Shins, drugi to jedna z najbardziej sprawdzonych osobowości produkujących dla innych (The Black Keys, U2) i dla siebie - to on objawił światu projekty Gnarls Barkley (z Cee-Lo Greenem), DANGERDOOM (z MF DOOMem) oraz Rome, czyli muzyczną wersję filmowego Django, stworzoną z Danielem Luppim. After The Disco jest jak dotąd drugą okazją Mercera i Burtona do połączenia folku z popem doprawionym delikatną elektroniką i czuć, że tym razem robią to nie tylko jako dwójka znanych w swoich środowiskach muzyków, ale także jako zespół.

poniedziałek, 3 marca 2014

Recenzja: ††† - ††† / Crosses - Crosses [2014]

Witch house jednym kojarzy się z tajemniczymi muzykami ukrytymi za okultyzmem i zagmatwanymi pseudonimami, inni postrzegają go jako plagę współczesnego hipsterstwa, pełnego taniego mroku, Starbucksa i rozciągniętych podkoszulek. Gdy w 2011 roku projekt Chino Moreno ochrzczony został jako Krzyże - †††, które obok trójkątów są najpopularniejszym symbolem wspomnianej stylistyki, wziął na swoje barki misję doścignięcia potęgi macierzystego Deftones w zupełnie nowych rejonach. Pomimo brutalnego postrzegania Crosses jako 'Chino Moreno z nieistotnymi kolegami', zespół współtworzy z Shaunem Lopezem (Far) i Chuckiem Doomem, traktując współpracę jako odpoczynek od piłujących gitar i zdzierania głosu. Urlop obrodził już EPką niedługo po wprowadzenie zespołu w życie i jej kontynuacją w roku następnym. Obie zostały dobrze przyjęte i pokazały, że 'nie wszystko witch house, co się krzyżuje', bo przy nazwie mistycyzm się skończył. Niezmienny w tej materii jest też debiutancki album, który do kolejnej porcji solidnej muzyki dodaje za to jeszcze kilka krucyfiksów.

środa, 12 lutego 2014

Recenzja: Rebeka - Hellada [2013]

Ruch 'Teraz (Alternatywna) Polska' nabiera potęgi z prawie każdym nowym krążkiem. Jedną z takich pozycji, opatrzonych nieformalnym znakiem jakości roku 2013, jest z pewnością dość szeroko komentowana Hellada. Stojąca za nią Rebeka powstała w 2008 roku jako solowy projekt Iwony Skwarek (głos zespołu Hellow Dog), do której w 2011 dołączyła postać niezmiennie aktywna w środowisku alternatywnym, czyli Bartek Szczęsny. Z takiego duetu po prostu musiało powstać coś co najmniej dobrego i tak właśnie się stało - połączone umiejętności oraz wsparcie duchowe i wydawnicze w postaci kolegów po fachu z Kamp! (label Brennnessel) zaowocowało płytką nie przesadnie zawiłą, ale też nie prostą, dającą natomiast jasny przekaz: czas się zabawić, ale bez wyłączania mózgu.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Recenzja: Queens of the Stone Age - ...Like Clockwork [2013]

Tworząc podium bandów rockowych, które kolejnymi wydawnictwami porywają wszystkich bez względu na wiek, w 2013 na prowadzenie zdecydowanie wysunęli się Nine Inch Nails, Arctic Monkeys i Queens Of The Stone Age, konkurencję zostawiając dość daleko za sobą. Trzy grupy, stojące za trzema płytami tak dobrymi, że podczas wojny o wybranie 'zwycięzcy roku', podłoga przystrojona jest wybitymi zębami uczestników starcia. W porównaniu z coraz bardziej dojrzewającymi Arktycznymi młodziakami, liderzy pozostałych zespołów mają za sobą kawał muzycznego życia. Podczas gdy NiN-owy Reznor mimo wszystko pozostaje wierny jak zawsze świetnym industrialnym eksploracjom, QotSA-owy Homme tworzy najbardziej przebojowy materiał w swoim dorobku, nawet nie oczyszczając go z klasycznego dla jego formacji pustynnego brudu. Podobno 'rudzi nie mają duszy'. Jeśli jest w tym chociaż minimum prawdy, to Josh jest tylko na rudo starannie ufarbowany.