Pamiętam
jak dziś, gdy dorwałem się do debiutankiej EPki Black Atlassa,
rozsmakowując się w jej czarno-białej melancholii. Ochy i achy
przemieniłem klawiaturą w łódeczki, puszczone rwącym,
ślinotokowym potokiem, powodowanym klasą tego, co usłyszałem...
No dobra, nie tak długo potem zapomniałem o gościu. Przypomniał o
sobie dwa lata później za sprawą Young Bloods, które nie
huknęło może tak jak pierwszy mini krążek, ale zabrzmiało
całkiem możliwie. Minął jeszcze rok i znikąd wyskoczyło Jade.
Poskładane jak album, długie
jak album, lecz najwyraźniej albumem nie będące, bo lekko ponad
chwilę temu Haunted Paradise
opuściło mroczne kąty, obwieszczone jako 'albumowy debiut'.
Zarezerwuj sobie odrobinę czasu, przygotuj posiłek, by nic nie
odciągało i zalegnij w poduchach, odpłynąwszy w r&b, które
twoja mama nazwałaby 'dziwacznym'... Zegar nie jest dla ciebie
łaskawy, lodówka świeci pustkami, a poduchy rozszarpały koty? Nie
szkodzi, Haunted Paradise
oferuje jedynie odgrzewany kotlet na szybko, z podsuniętym pod tyłek
dla wygody rąbkiem zimnego betonu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alternative. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alternative. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 9 października 2016
poniedziałek, 18 lipca 2016
Recenzja: Flume - Skin [2016]
Poszatkowane
melodie, pogięte uderzenia bębnów, wypaczona równowaga pomiędzy
radiowymi hitami, a zbyt pewnym staniem na własnych nogach, by
pojawiać się w jakimś tam radiu. 2011 rok był dla pochodzącego z
Australii Flume'a czasem owocującym na bogato, niezależnie, czy
krzyczano o nadziei 'mądrej' elektroniki, czy pojękiwano o
szarlatanie, który ambitną ściemą wkrada się przez rozgłośnie
do twojego portfela. Jedno było pewne – gdy w krainie kangurów
rozdawano nagrody za 'Najlepsze Muzyczne Cokolwiek', Flume mógł już
odziewać się w smoking, by z klasą odbierać statuetki za
debiutanckie Flume. Lata lecą, sukcesy się piętrzą, bo
najpierw projekt What So Not basem połamał nogi miłośników trapu,
potem zapowiedź następcy solowej jedynki
spieniła usta słuchaczom muzyki nieoczywistej. Idź szybko po
śliniak i wracaj poczytać.
Etykiety:
Alternative,
Aquacrunk,
Beats,
Chillout,
Chillwave,
Electronic,
Electropop,
Experimental,
Glitch-Hop,
Grime,
Indie,
Instrumental,
Instrumental Hip-Hop,
R&B,
Rap,
Synthwave,
Wonky
poniedziałek, 4 lipca 2016
Recenzja: R.A.U. - Konkretna Rozrywka [2016]
W każdym
gronie znajomych znajdzie się osoba, na wspomnienie której typową
reakcją jest: 'XYZ? On nie jest dziwny... on jest *specjalny*'.
Tomek 'R.A.U.' Rałowski guziki samplera naciska pod szyldem
Alkopoligamii, ogólnie-elektronicznym kijem zawracając
generalnie-rapową rzekę owego labelu. Ksywa naszego polskiego
Hudsona Mohawke (który w podobny sposób trzęsie Kanye Westowskim
G.O.O.D. Music) krążyła po ustach i głośnikach na długo przed
albumem, a szczodrość jej właściciela w obdarowywaniu fanów
muzyką, przypominała wydzielanie spragnionemu wody za pomocą
pipety. Niemal cały materiał dostępny był jedynie na youtube (kto
nigdy nie zgrywał kawałków z jutuba do mp3 w jakości 128kbps,
niech pierwszy rzuci kamieniem), ale wreszcie debiut płytowy stał
się faktem, a na kuriera z Konkretną Rozrywką czekałem
jakoś tak dużo bardziej, niż dotychczas na inne paczki. Nie
przedłużając...
piątek, 13 maja 2016
Recenzja: Zamilska - UNDONE [2016]
Zamilska
to, Zamilska tamto. Siamto i owamto. Popularność narosła przez
2014 rok niemal jak u Karolaka, skaczącego na swoich zębach z
tabloidów wprost do twojej lodówki. Wpisując nazwisko Natalii w
wyszukiwarkę, serce bije niczym napompowane adrenaliną, bo
wszyscy krzyczą zgodnie: ewenement, zjawisko, czad. Nie będę się
żalił, jak bardzo wyświechtany jest termin 'muzycznej rewolucji' w
świadomości naszego społeczeństwa - co polski album, to
'rewolucja'; lecz tematowi zaszczepionemu 2 lata temu przez UNTUNE
należy się uwaga, bowiem słowa takie jak 'techno', 'tribal', czy
'industrial' nie pojawiają się (z reguły) w niedzielnym kazaniu,
czy kąciku muzycznym Familiady. Skąd więc tyle fistpumpingu do
Zamilskiej? Przyjrzyjmy się trupom, wypadającym z szafy z napisem
UNDONE.
poniedziałek, 9 maja 2016
Recenzja: Yelawolf - Love Story [2015]
Żyjemy
w dziwnych czasach, gdy rapujący biali ludzie w tekstach wołają na
siebie nawzajem 'nigga' (ot, 'czarnuch' po ziomkowemu). Eminem nie
jest już jedyną kroplą mleka w czarnej hip-hopowej kawie, a
postaci takie jak Machine Gun Kelly, Macklemore i G-Eazy zdobywają
szacunek nie mniej prężnie niż Kanye, 2 Chainz, czy A$AP. Woźnym,
wymiatającym łamigłówki słowne spod dywanu
szpanerów, stara się być też Yelawolf. Ten, wskoczywszy z
mikstejpów wprost pod skrzydła wydawniczego tandemu Shady /
Interscope Records, popełnił w 2011 roku Radioactive
- wyśrubowane do
granic wypluwanie słów wprost na elektroniczno-trapowe podkłady.
Krążek ten, choć nierówny, zajmował uwagę zdecydowaniem i
determinacją płynącą z głosu snującego opowieści. Czego
oczekiwać od Love
Story? Cóż, Yella
zasiadł na ganku z gitarą i jest wściekły jak wilk z okładki.
czwartek, 27 sierpnia 2015
Recenzja: Gang Albanii - Królowie Życia [2015]
Każdy
chłopiec marzył kiedyś o rzeczach wielkich. Nie ważne, czy był
to tytuł najlepszego sportowca, przechodzącego do historii dzięki
najdalszym lotom, czy może zaszczyt bycia astronautą, samotnie
stąpającym po odległych planetach. Nie wszystkie marzenia są tak
proste do osiągnięcia, co spędzało mi sen z powiek odkąd byłem
zaledwie malcem zmagającym się z trudami kolejnych szkół. Już
wtedy czułem, że potrzebuję przywiązania do rzeczy ważniejszych,
niż puchary, czy loty w kosmos. Pamiętam jak dziś, gdy siedziałem
w oknie i nie mogłem myślami odpędzić zakazanych pragnień,
takich jak palenie hajsu, wciągnięcie wagonu koksu, czy też
zatknięcie banknotu za stringi striptizerki i oblewanie jej cycków
Johnnie Walkerem w hotelowym pokoju, w którym na barek wydawałbym
zaledwie zaskórniaki. Na mą duszę spłynęły łzy, bo kochałem
także poezję. Dziś, kiedy dwadzieścia cztery lata minęły
szybciej, niż bym chciał, przeraziłem się, że czas rozliczenia
się z pewnymi rzeczami dobiega końca. Wtedy pojawili się oni.
Rozbójnik Alibaba (Robert M), Popek i Borixon dali mi szansę
poczuć. Dali mi szansę uwierzyć, że jestem Albańczykiem,
a nie jakimś podrabiańcem. Zapraszam więc do mojego małego
świata, ram pa pam pam...
sobota, 1 sierpnia 2015
Recenzja: Years & Years - Communion [2015]

Szlachetnie
urodzeni mają w życiu łatwiej. Trio Years & Years swe początki
świętowało dostojnie, bo aż w łowiącym talenty Kitsuné
Maison Records. To, wydaną w 2013 roku EPką Traps
jeszcze nie wprowadziło słuchaczy w ekstazę, ale pozwoliło
chłopakom poszpanować na salonach 'labelowymi rodzicami', robiąc
przy okazji solidne podłoże pod zastrzyk popularności spowodowany
'oOoOoo, eOeOeoo', dobiegającym z większości stacji radiowych,
pogwizdywań zasłyszanych na ulicy i każdego supermarketu. Panowie
swym dopiero co wydanym albumem próbują udowodnić, że za
festiwalową machiną marketingową i rodowodem kryje się taneczny
łamacz stawów, podparty na wzorcach dalekich od pierwszej łapanki
(Flying Lotus i Radiohead stojące obok najntisowego house i new
romantic po liftingu). Boże wybranej przez ciebie wiary broń tylko
przed wsłuchaniem się w teksty podczas tańca, bo siądziesz i
zaczniesz analizować jak żadnego electropopa przed Yearsami.
poniedziałek, 20 lipca 2015
Recenzja: Ratatat - Magnifique [2015]

Projektów
podobnych nowojorskiemu Ratatat trudno doszukać się wielu.
Indietronikowi drwale syntetycznie słodkie gitarzenie stawiają na
równi z gotowaniem mikstejpów pełnych rapujących ziomków, choć
od debiutanckiego długograja pojękuje za ich plecami szarpanie
wciąż tych samych strun i ciągłe reedycje wcześniejszych
pomysłów. Po przerwie dłuższej niż zwykle, E*vax i Mike
wytaczają wreszcie krążek o szumnej nazwie
Magnifique. Mocnymi
słowami można sobie rykoszetem zęby wybić, ale sprawdźmy tę
'wspaniałość'.
niedziela, 1 czerwca 2014
Recenzja: Komety - Paso Fino [2014]

Wiele
wybojów musiała przejść muzyka, by dokonania protoplastów
pokroju Elvisa, czy Kraftwerku od inspiracji do inspiracji przeszły
w nowomodne ręce takiego Jonas Brothers (pamięta ktoś?) i
Skrillexa. Trudne do przeskoczenia i przełknięcia kłody nie
ominęły biało-czerwonego podwórka, czego dowodem niech będzie
siła płytkości powstała chociażby ze wzbogacenia Kombi o dodatkowe 'i'. Jak
w tej transformacji pokoleń i ich poglądów odnajdują się Komety,
obecne na scenie od jedenastu lat, a z doliczeniem stażu ich
założycieli (Lesława i Arkusa) w zespole Partia, dziewiętnaście?
Do przekształcenia pierwotnej formy doszło na pewno. Co prawda nie tak
drastycznej jak z rock&rolla w boybandowy poprock, lecz o tym niech
opowie już Paso Fino z
pomocą Pudłowego protokolanta.
piątek, 14 marca 2014
Recenzja: Broken Bells - After The Disco [2014]

Pierwsza
płyta Broken Bells mocarnym wydawnictwem była. Broken Bells
może nie stało się dziełem nieśmiertelnym, ale z pewnością
rozbłysnęło jako jeden z najjaśniejszych punktów w kalendarzu
wydawniczym 2010. Za jego sukces odpowiedzieli dwaj panowie: James
Mercer i Brian Burton / Danger Mouse. Pierwszy z nich trudni
się byciem delikatną wokalnie i gitarowo twarzą The Shins, drugi
to jedna z najbardziej sprawdzonych osobowości
produkujących dla innych (The Black Keys, U2) i dla siebie - to on
objawił światu projekty Gnarls Barkley (z Cee-Lo Greenem),
DANGERDOOM (z MF DOOMem) oraz Rome, czyli muzyczną wersję
filmowego Django, stworzoną
z Danielem Luppim. After The Disco jest jak dotąd
drugą okazją Mercera i Burtona do połączenia folku z popem
doprawionym delikatną elektroniką i czuć, że tym razem robią to
nie tylko jako dwójka znanych w swoich środowiskach muzyków, ale
także jako zespół.
poniedziałek, 3 marca 2014
Recenzja: ††† - ††† / Crosses - Crosses [2014]

Witch
house jednym kojarzy się z tajemniczymi muzykami ukrytymi za
okultyzmem i zagmatwanymi pseudonimami,
inni postrzegają go jako plagę współczesnego hipsterstwa, pełnego
taniego mroku, Starbucksa i rozciągniętych podkoszulek. Gdy w 2011
roku projekt Chino Moreno ochrzczony został jako Krzyże - †††,
które obok trójkątów są najpopularniejszym symbolem wspomnianej
stylistyki, wziął na swoje barki misję doścignięcia potęgi
macierzystego Deftones w zupełnie nowych rejonach. Pomimo brutalnego postrzegania Crosses jako
'Chino Moreno z nieistotnymi kolegami', zespół współtworzy z
Shaunem Lopezem (Far) i Chuckiem Doomem, traktując współpracę jako odpoczynek od piłujących
gitar i zdzierania głosu. Urlop obrodził już EPką niedługo po
wprowadzenie zespołu w życie i jej kontynuacją w roku następnym.
Obie zostały dobrze przyjęte i pokazały, że 'nie wszystko witch
house, co się krzyżuje', bo przy nazwie mistycyzm się skończył.
Niezmienny w tej materii jest też debiutancki album, który do
kolejnej porcji solidnej muzyki dodaje za to jeszcze kilka
krucyfiksów.
środa, 12 lutego 2014
Recenzja: Rebeka - Hellada [2013]

Ruch 'Teraz (Alternatywna) Polska'
nabiera potęgi z prawie każdym nowym krążkiem. Jedną z takich
pozycji, opatrzonych nieformalnym znakiem jakości roku 2013, jest z
pewnością dość szeroko komentowana Hellada. Stojąca za
nią Rebeka powstała w 2008 roku jako solowy projekt Iwony Skwarek
(głos zespołu Hellow Dog), do której w 2011 dołączyła
postać niezmiennie aktywna w środowisku alternatywnym, czyli Bartek
Szczęsny. Z takiego duetu po prostu musiało powstać coś co
najmniej dobrego i tak właśnie się stało - połączone
umiejętności oraz wsparcie duchowe i wydawnicze w postaci kolegów
po fachu z Kamp! (label Brennnessel) zaowocowało płytką nie
przesadnie zawiłą, ale też nie prostą, dającą natomiast jasny
przekaz: czas się zabawić, ale bez wyłączania mózgu.
poniedziałek, 2 grudnia 2013
Recenzja: Queens of the Stone Age - ...Like Clockwork [2013]

Tworząc
podium bandów rockowych, które kolejnymi wydawnictwami
porywają wszystkich bez względu na wiek, w 2013 na prowadzenie
zdecydowanie wysunęli się Nine Inch Nails, Arctic Monkeys i Queens
Of The Stone Age, konkurencję zostawiając dość daleko za sobą.
Trzy grupy, stojące za trzema płytami tak dobrymi, że podczas
wojny o wybranie 'zwycięzcy roku', podłoga przystrojona jest
wybitymi zębami uczestników starcia. W porównaniu z
coraz bardziej dojrzewającymi Arktycznymi młodziakami, liderzy
pozostałych zespołów mają za sobą kawał muzycznego życia.
Podczas gdy NiN-owy Reznor mimo wszystko pozostaje wierny jak zawsze
świetnym industrialnym eksploracjom, QotSA-owy Homme tworzy
najbardziej przebojowy materiał w swoim dorobku, nawet nie
oczyszczając go z klasycznego dla jego formacji pustynnego brudu.
Podobno 'rudzi nie mają duszy'. Jeśli jest w tym chociaż minimum
prawdy, to Josh jest tylko na rudo starannie ufarbowany.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





