Pamiętam
jak dziś, gdy dorwałem się do debiutankiej EPki Black Atlassa,
rozsmakowując się w jej czarno-białej melancholii. Ochy i achy
przemieniłem klawiaturą w łódeczki, puszczone rwącym,
ślinotokowym potokiem, powodowanym klasą tego, co usłyszałem...
No dobra, nie tak długo potem zapomniałem o gościu. Przypomniał o
sobie dwa lata później za sprawą Young Bloods, które nie
huknęło może tak jak pierwszy mini krążek, ale zabrzmiało
całkiem możliwie. Minął jeszcze rok i znikąd wyskoczyło Jade.
Poskładane jak album, długie
jak album, lecz najwyraźniej albumem nie będące, bo lekko ponad
chwilę temu Haunted Paradise
opuściło mroczne kąty, obwieszczone jako 'albumowy debiut'.
Zarezerwuj sobie odrobinę czasu, przygotuj posiłek, by nic nie
odciągało i zalegnij w poduchach, odpłynąwszy w r&b, które
twoja mama nazwałaby 'dziwacznym'... Zegar nie jest dla ciebie
łaskawy, lodówka świeci pustkami, a poduchy rozszarpały koty? Nie
szkodzi, Haunted Paradise
oferuje jedynie odgrzewany kotlet na szybko, z podsuniętym pod tyłek
dla wygody rąbkiem zimnego betonu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą R&B. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą R&B. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 9 października 2016
środa, 7 września 2016
Recenzja: Mike Posner - At Night, Alone. [2016]
'Posner'...
'Posner'... Tobie też to nazwisko pałęta się gdzieś z tyłu
głowy? A tak, był taki jeden, który postanowił wydać całkiem
niezły mainstreamowy albumik dla niewymagających ('hitowy
electro-popowy singiel 'Cooler Than Me'), a następnie zapaść się
pod ziemię, czasem tylko wyglądając z nory z nowym singlem, czy
zapowiedzią czegoś, co ostatecznie nigdy nie ruszyło dalej, niż
poza słowa. Kto jednak był na tyle pedantyczny, by śledzić, kto
odpowiada za produkcję tych i owych hitów, dostrzec mógł ręce
muzyka na nagraniach Maroon 5, czy Biebera. Ja dociekliwy nie byłem,
zdziwienie powrotem Posnera przypieczętowałem więc przesłuchaniem,
cóż do zaoferowania może mieć ktoś, kogo nazwisko jeszcze przed
chwilą tylko krążyło gdzieś za mgłą wspomnień.
poniedziałek, 18 lipca 2016
Recenzja: Flume - Skin [2016]
Poszatkowane
melodie, pogięte uderzenia bębnów, wypaczona równowaga pomiędzy
radiowymi hitami, a zbyt pewnym staniem na własnych nogach, by
pojawiać się w jakimś tam radiu. 2011 rok był dla pochodzącego z
Australii Flume'a czasem owocującym na bogato, niezależnie, czy
krzyczano o nadziei 'mądrej' elektroniki, czy pojękiwano o
szarlatanie, który ambitną ściemą wkrada się przez rozgłośnie
do twojego portfela. Jedno było pewne – gdy w krainie kangurów
rozdawano nagrody za 'Najlepsze Muzyczne Cokolwiek', Flume mógł już
odziewać się w smoking, by z klasą odbierać statuetki za
debiutanckie Flume. Lata lecą, sukcesy się piętrzą, bo
najpierw projekt What So Not basem połamał nogi miłośników trapu,
potem zapowiedź następcy solowej jedynki
spieniła usta słuchaczom muzyki nieoczywistej. Idź szybko po
śliniak i wracaj poczytać.
Etykiety:
Alternative,
Aquacrunk,
Beats,
Chillout,
Chillwave,
Electronic,
Electropop,
Experimental,
Glitch-Hop,
Grime,
Indie,
Instrumental,
Instrumental Hip-Hop,
R&B,
Rap,
Synthwave,
Wonky
wtorek, 21 czerwca 2016
Recenzja: Justin Bieber - Purpose [2016]
Nie sądziłem, że Justin Bieber kiedykolwiek zagości w tym miejscu i że ja będę na tyle zdeterminowany, by napisać o nim więcej niż dwa zdania o wstydzie dla kogoś, kto ma więcej niż 16 lat. Trafiając uszami na dowolną z jego kompozycji, wyobraźnia podsuwała mi przed oczy wizerunek młodej dziewczynki. Podejście to nie zmieniło się z biegiem lat wcale, zwłaszcza, że owa dziewczynka zmieniła się w strojącego groźne miny i za te miny obrywającego chłystka. Na tonącą elektroniczno-taneczną łódź wskoczył już chyba każdy z gatunków możliwych do nazwania, a więc Bieber postanowił dopchać się też, skrzykując tęgie głowy marketingu i wziętych producentów. Wrażenia? Wstyd się przyznać.
piątek, 2 października 2015
Recenzja: Disclosure - Caracal [2015]
Disclosure
to świetny przykład tego, jak łatwo można pod sobą wykopać
dołek. Co najgorsze, wina nie leży nawet po stronie tworzących
duet braci Guya i Howarda Lawrence'ów – bo co oni komu zrobili, że
po drobiazgowo rozrysowanych uk-garage'owo-dubstepowych singlach i
Epkach, popełnili jedną z najważniejszych płyt rozrywkowych
ostatnich lat – Settle.
Podia list przebojów stanęły otworem, sceny największych
festiwali zabrzmiały ich roztańczeniem, nowy Bond zyska utwór spod
ich palców, a konkurencja wzdycha gdzieś kilka pięter popularności
niżej, już nawet nie walcząc z metką 'brzmi / nie brzmi jak
Disclosure' - mamy i wspomniany dołek, wykopany przez
'disklołżermanię'. Sami wzburzyli falę, sami próbują ją
okiełznać, za broń mając Caracal. Zerknijmy,
czy się nie potopią.
sobota, 4 lipca 2015
Recenzja: Hudson Mohawke - Lantern [2015]

Hudsonowa
droga ku gwiazdom nie jest materiałem na książkę, ale streszczona
w bio na facebooku wyglądałaby całkiem do przyklaśnięcia –
krótki czas dzieli piwniczne dłubanie w syntezatorach i bycie
białą, przylizaną kostką cukru w czarnej kawie najczarniejszych
raperów. Owej kofeiny HudMo postanowił uniknąć, mocniej żonglując
dźwiękiem na kontynuacji swej debiutaniej muzycznej piaskownicy
(Butter, 2009). Oddalił się tym samym od produkowania bitów
pod te wszystkie 'bicze, faki i nigery', a czego pozbyć się nie dał
rady, przykrył lukrem.
środa, 19 marca 2014
Recenzja: Pharrell Williams - G I R L [2014]

Czy na
'Get Lucky' i 'Blurred Lines' zakończyć można biografię Pharrella
Williamsa? Z pewnością nie, biorąc pod uwagę ciągnący się za
nim dorobek. W maksymalnie skrótowym podsumowaniu roku 2013 taka
zdawkowość powinna jednak wystarczyć, by zaznajomić z dzisiejszym
bohaterem każdego, kto jeszcze nie znalazł go nawet we własnej
lodówce. Gdy w 2006 razem z Chadem Hugo (jako The Neptunes)
tradycyjnie moczył ręce aż po producenckie łokcie w pracy dla
m.in. Gwen Stefani, do obiegu trafił jego debiutancki solowy 'In My
Mind', który zyskiem ze sprzedaży konto dopełnił, lecz monotonia
tekstów i podkładów uczyniła go przeciętniakiem. Wtedy rzucający
się w ucho tani zamysł pt. 'prostacko o prokreacji' mas nie
zbulwersował – stało się to dopiero przy okazji zeszłorocznego
hitu Robina Thicke, posądzonego o propagowanie kultury gwałtu i
przedmiotowego traktowania piękniejszej z płci. Słusznie, czy nie,
Williams poczuł potrzebę oczyszczenia atmosfery i w rezultacie
wydane aż osiem lat po debiucie G I R L
to nie tylko jego spowiedź, ale też prawdziwe Święto Kobiet.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




