Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 lipca 2016

Recenzja: Flume - Skin [2016]

Poszatkowane melodie, pogięte uderzenia bębnów, wypaczona równowaga pomiędzy radiowymi hitami, a zbyt pewnym staniem na własnych nogach, by pojawiać się w jakimś tam radiu. 2011 rok był dla pochodzącego z Australii Flume'a czasem owocującym na bogato, niezależnie, czy krzyczano o nadziei 'mądrej' elektroniki, czy pojękiwano o szarlatanie, który ambitną ściemą wkrada się przez rozgłośnie do twojego portfela. Jedno było pewne – gdy w krainie kangurów rozdawano nagrody za 'Najlepsze Muzyczne Cokolwiek', Flume mógł już odziewać się w smoking, by z klasą odbierać statuetki za debiutanckie Flume. Lata lecą, sukcesy się piętrzą, bo najpierw projekt What So Not basem połamał nogi miłośników trapu, potem zapowiedź następcy solowej jedynki spieniła usta słuchaczom muzyki nieoczywistej. Idź szybko po śliniak i wracaj poczytać.

czwartek, 27 sierpnia 2015

Recenzja: Gang Albanii - Królowie Życia [2015]

Każdy chłopiec marzył kiedyś o rzeczach wielkich. Nie ważne, czy był to tytuł najlepszego sportowca, przechodzącego do historii dzięki najdalszym lotom, czy może zaszczyt bycia astronautą, samotnie stąpającym po odległych planetach. Nie wszystkie marzenia są tak proste do osiągnięcia, co spędzało mi sen z powiek odkąd byłem zaledwie malcem zmagającym się z trudami kolejnych szkół. Już wtedy czułem, że potrzebuję przywiązania do rzeczy ważniejszych, niż puchary, czy loty w kosmos. Pamiętam jak dziś, gdy siedziałem w oknie i nie mogłem myślami odpędzić zakazanych pragnień, takich jak palenie hajsu, wciągnięcie wagonu koksu, czy też zatknięcie banknotu za stringi striptizerki i oblewanie jej cycków Johnnie Walkerem w hotelowym pokoju, w którym na barek wydawałbym zaledwie zaskórniaki. Na mą duszę spłynęły łzy, bo kochałem także poezję. Dziś, kiedy dwadzieścia cztery lata minęły szybciej, niż bym chciał, przeraziłem się, że czas rozliczenia się z pewnymi rzeczami dobiega końca. Wtedy pojawili się oni. Rozbójnik Alibaba (Robert M), Popek i Borixon dali mi szansę poczuć. Dali mi szansę uwierzyć, że jestem Albańczykiem, a nie jakimś podrabiańcem. Zapraszam więc do mojego małego świata, ram pa pam pam...

sobota, 1 sierpnia 2015

Recenzja: Years & Years - Communion [2015]

Szlachetnie urodzeni mają w życiu łatwiej. Trio Years & Years swe początki świętowało dostojnie, bo aż w łowiącym talenty Kitsuné Maison Records. To, wydaną w 2013 roku EPką Traps jeszcze nie wprowadziło słuchaczy w ekstazę, ale pozwoliło chłopakom poszpanować na salonach 'labelowymi rodzicami', robiąc przy okazji solidne podłoże pod zastrzyk popularności spowodowany 'oOoOoo, eOeOeoo', dobiegającym z większości stacji radiowych, pogwizdywań zasłyszanych na ulicy i każdego supermarketu. Panowie swym dopiero co wydanym albumem próbują udowodnić, że za festiwalową machiną marketingową i rodowodem kryje się taneczny łamacz stawów, podparty na wzorcach dalekich od pierwszej łapanki (Flying Lotus i Radiohead stojące obok najntisowego house i new romantic po liftingu). Boże wybranej przez ciebie wiary broń tylko przed wsłuchaniem się w teksty podczas tańca, bo siądziesz i zaczniesz analizować jak żadnego electropopa przed Yearsami.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Recenzja: Ratatat - Magnifique [2015]

Projektów podobnych nowojorskiemu Ratatat trudno doszukać się wielu. Indietronikowi drwale syntetycznie słodkie gitarzenie stawiają na równi z gotowaniem mikstejpów pełnych rapujących ziomków, choć od debiutanckiego długograja pojękuje za ich plecami szarpanie wciąż tych samych strun i ciągłe reedycje wcześniejszych pomysłów. Po przerwie dłuższej niż zwykle, E*vax i Mike wytaczają wreszcie krążek o szumnej nazwie Magnifique. Mocnymi słowami można sobie rykoszetem zęby wybić, ale sprawdźmy tę 'wspaniałość'.

sobota, 17 maja 2014

Recenzja: Lockah - Yahoo Or The Highway [2014]

Tom Banks rzucający beatami na prawo i lewo pod pseudonimem Lockah, oficjalnie publikuje swoje muzyczne dzieci zaledwie od czterech lat, a już zdołał zarobić nimi na wejściówkę w świat OWSLA, Mad Decent, Fool's Gold i 'odrobinę' od nich mniejszych Donky Pitch i Tuff Wax. Na dokładkę, krytycy wklejają go w obrazek między osobistości pokroju Hudsona Mohawke i Lunice'a (TNGHT) oraz Rusty'ego. Sam obiekt tych operacji postanowił właśnie unieść poprzeczkę jeszcze wyżej, za broń mając albumowy debiut, Yahoo Or The Highway, godny pominięcia tylko przez osoby wrażliwe na nadmiar cukru.

piątek, 14 marca 2014

Recenzja: Broken Bells - After The Disco [2014]

Pierwsza płyta Broken Bells mocarnym wydawnictwem była. Broken Bells może nie stało się dziełem nieśmiertelnym, ale z pewnością rozbłysnęło jako jeden z najjaśniejszych punktów w kalendarzu wydawniczym 2010. Za jego sukces odpowiedzieli dwaj panowie: James Mercer i Brian Burton / Danger Mouse. Pierwszy z nich trudni się byciem delikatną wokalnie i gitarowo twarzą The Shins, drugi to jedna z najbardziej sprawdzonych osobowości produkujących dla innych (The Black Keys, U2) i dla siebie - to on objawił światu projekty Gnarls Barkley (z Cee-Lo Greenem), DANGERDOOM (z MF DOOMem) oraz Rome, czyli muzyczną wersję filmowego Django, stworzoną z Danielem Luppim. After The Disco jest jak dotąd drugą okazją Mercera i Burtona do połączenia folku z popem doprawionym delikatną elektroniką i czuć, że tym razem robią to nie tylko jako dwójka znanych w swoich środowiskach muzyków, ale także jako zespół.