2006 rok
– MSTRKRFT wydaje debiutanckie The Looks. 2007 rok –
Justice wydaje debiutanckie Cross. 2008 rok – Boys Noize
wydaje debiutanckie Oi Oi Oi. 2009 rok – The Bloody
Beetroots wydaje debiutanckie Romborama. Rok
2010 stoi pod znakiem 09-17-2007 EP
od enigmatycznego Dangera, a od długogrających debiutów SebastiAna
(Total) i ZZT (Partys
Over Earth) w 2011 nogi bolą od
tańca do dziś. To, co działo się przez podsumowane tu sześć lat
na scenie fidget / electro-house / dance-punka, było niesamowite.
Ucieczka w tamte czasy wciąż kręci łzę w oku, zwłaszcza po
obserwacji bieżących trendów, wrzucanych często do jednego wora
nawet przez jej twórców – a worek jest to z rodzaju tych na
odchody. Mówienie o 'starej gwardii elektroniki tamtych czasów', w
zderzeniu z wyjadaczami pamiętającymi pierwsze brzdąkania Rolling
Stonesów z dinozaurami, brzmi śmiesznie. Tylko jakim mianem
określić siebie, gdy na fejsbuku MSTRKRFT po wiekach ciszy wgrano
nowe zdjęcie, poparte później singlem i zapowiedzią płyty, a ja
zapragnąłem wyciągnąć z szafy glany, których nigdy nie miałem?
Powroty po latach potrafią boleć, martwiłem się tylko więc, by
nie zostać 'wierzącym w cuda frajerem'.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Electro-Punk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Electro-Punk. Pokaż wszystkie posty
środa, 10 sierpnia 2016
poniedziałek, 30 maja 2016
Recenzja: Boys Noize - Mayday [2016]
Pomimo
miażdżącego debiutu i dobrej kontynuacji, trzeci album Alexa Ridhy
zagubił się za liczącą się w 2012 stawką. Zęby nawet
najbardziej wiernych fanów zadzwoniły w obawie, czy kolejne
wzmianki o producencie ograniczą się do '-Boys No... kto?'. Out
Of The Black obfitował w podnośniki włosów
na rękach, lecz tożsamość brzmienia zdawała się rozmywać i
tak. To tu przewinął się nieeemal ciekawy dubstep, to tam ledwo
dychała praaawie udana kolaboracja ze Snoop Doggiem – nie warto
było jeszcze pakować tobołów i uciekać z tego statku, ale
walizka w polu widzenia była niezłym pomysłem. Mayday
pojawia się dość nagle i bez pompowania
balonu, lecz po wizycie w garderobie. Wchodzenie w buty Bogatych
TrendoTwórczych zamienione na elektro-punkowe łypanie spod oka? No
dobra, wstępnie wpiszcie mnie w listę gości.
sobota, 25 lipca 2015
Recenzja: The Prodigy - The Day Is My Enemy [2015]

Rozciągnięta
od pogujących metalowców, do hipsterów z ekotorbami uniwersalność
The Prodigy to piękna sprawa. Wkład w rozwój elektroniki znanej
dziś mają panowie niezaprzeczalny, tym większy ukłon należny
jest im za ciągły brak transformacji w osiadłych na tronie
obserwatorów własnego wypielęgnowanego czegokolwiek. Po łamiącym
ziemię debiucie i dwóch w tę ziemię wbijających kontynuacjach,
nowożytna historia Liama, Keitha i Maxima odbiła się jak głowa od
betonu (nie znęcajmy się mocno nad zaledwie niezłym Always
Outnumbered, Never Outgunned, bo
to nie czas i miejsce), przywracając im chwałę na Invaders
Must Die,
zgarniającym pulę nagród szybką, głośną i wesoło naćpaną
mieszanką. Następca miał być twardszy. I brutalny. I nazwę mu aż
z tego wszystkiego zmieniono z How
To Steal a Jetfighter na
The
Day Is My Enemy – czy
może być gęściej od mroku?
poniedziałek, 21 października 2013
Recenzja: The Bloody Beetroots - HIDE [2013]
Simone Cogo aka Sir Bob Cornelius Rifo,
będący głównym mózgiem zamaskowanego The Bloody
Beetroots, na kontynuacji dobrze przyjętej Romboramy zabiera
słuchaczy w podróż do krainy krwi, potu i łez, bez
podziałów międzygatunkowych, by w tej dramaturgii nakłonić
zainteresowancyh do odpowiedzi na pytanie: czy italians naprawdę 'do
it better'? Nawet jeśli odpowiedź nie będzie w stu procentach
pozytywna, to na pewno Beetrootsi znają się na kontrolowanym
hałasie i robią to co najmniej godnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


